AKTUALNOŚCI

HOMILIA ABP MARKA JĘDRASZEWSKIEGO WYGŁOSZONA W ARCE PANA


Arka Pana 17 marca 2017

abp Marek Jędraszewski – Metropolita Krakowski

W treść każdego piątku, a zwłaszcza piątku Wielkiego Postu wpisane jest cierpienie, męka i śmierć Pana naszego Jezusa Chrystusa. W treść każdego piątku wpisany jest krzyż.

Historia tego cierpienia, tej męki i śmierci na krzyży miała swoje wcześniejsze historie – historie grzechu. Te historie wybrzmiały z dzisiejszych czytań – najpierw, gdy była opowiedziana historia Józefa, syna Jakuba i historia jego braci, historia zazdrości, nienawiści, tak daleko idącej, że bracia nie potrafili ze sobą normalnie rozmawiać, chęci zamordowania własnego brata, a potem zdrada i sprzedaż brata jako kogoś, kto miał się stać niewolnikiem u pogan. A potem to, co Pan Jezus powiedział nam w przypowieści o właścicielu winnicy i tych, którzy tę jego winnicę uprawiali, bo znowu brak woli rozliczenia się z tego, co otrzymali i z korzyści, jakie uzyskali poprzez dzierżawę, po wręcz złe, wręcz okrutne traktowanie wysłanników właściciela winnicy, bo owi dzierżawcy jednego z tych wysłanników obili, drugiego zabili, a trzeciego obrzucili kamieniami. A jak w końcu przybył do nich syn, dziedzic tej winnicy, to go po prostu zamordowali, uważając, że dzięki temu będą mogli samo być właścicielami powierzonego im majątku.

Historia ludzkiego grzechu – ona jest początkiem historii cierpienia, męki i śmierci Pana Jezusa. Historii w jakiejś mierze zapowiedzianej, bo te dzisiejsze czytania są właśnie zapowiedzią co miało się stać z Synem Bożym. Bo też na wzór Józefa, miał być zdradzony przez własny naród, wydany w ręce pogan, Rzymian, wydany za 20 sztuk srebra, Judasz sprzedał Chrystusa arcykapłanom za 30 srebrników. Historia zapowiedziana także przez samego Pana Jezusa w tej przypowieści. Przecież ów właściciel winnicy to Bóg Ojciec, zatroskany o to, by Jego lud żył w sprawiedliwości i oddawał cześć Najwyższemu. Ale jego lud wybrany, ukochany, odwracał się od tego, który obdarzył ich ziemią obiecaną. Jednakże Bóg ciągle pragnął okazać miłosierdzi i gotowość przebaczenia, dlatego wysyłał do swego ludu proroków, by upominali i wzywali do prawego życia. By pamiętali na święte przymierze. Wszyscy oni, prorocy, byli prześladowani, a wielu z nich zginęło. A w końcu Bóg Ojciec zesłał swojego ukochanego, jedynego Syna na świat. Pan Jezus zapowiedział w tej przypowieści, ze także On zostanie zamordowany i odrzucony przez najbliższych. Jednakże miłosierdzie Boga jest ponad historią ludzkich grzechów i ponad niewierności wszystkich tych, którzy wielu racji powinni być najbliżej Najwyższego. Bo umierający na krzyżu Chrystus miał tylko słowa modlitwy i miłosierdzia.

Jedno z ostatnich Jego słów to modlitwa skierowana do ojca: „Odpuść im, bo nie wiedzą co czynią”. Nad ludzką złość, nad człowieczy grzech, nad niewierność i krzywdę wyrządzaną Bogu i drugiemu człowiekowi wzniosło się miłosierdzie. A krzyż, który był znakiem hańby i śmierci, najbardziej okrutnych, stał się znakiem miłości, przebaczenia i pojednania człowieka z Bogiem i człowieka z drugim człowiekiem.

Z tym orędziem o zwycięskim krzyżu, o Chrystusie ukrzyżowanym i zmartwychwstałym mocą Ducha Św., wyruszyli apostołowie na cały świat. Tak kazał im Chrystus, żegnając się z nimi na Górze Oliwnej, tak kazał im Duch Święty, głosić tę prawdę w porę i nie w porę, wbrew potędze ówczesnego pogańskiego świata. Ta garstka 12 ludzi, wydawałoby się straceńców, szło z posłaniem Ewangelii rzeczywiście na cały świat. I o tej Ewangelii i także cierpieniu Chrystusa, świadczyli własnym życiem, codzienną wiernością i przepowiadaniem, a kiedy nadeszła chwila, którą znał tylko Bóg, o tej prawdzie Ewangelii świadczyli własnym męczeństwem, własną krwią i śmiercią, pieczętując niejako w ten sposób swoją  wiarę w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który własną śmiercią i zmartwychwstaniem dał nam nowe życie.

Taki był los apostołów, taki był też los chrześcijan, zwłaszcza pierwszych 3 wieków, bo były one naznaczone powracającymi, z coraz większą mocą i większą gwałtownością, falami prześladowań. Ostatnie, najbardziej krwawe, wydawałoby się będące znakiem końca Kościoła i chrześcijaństwa, wybuchło na początku III i IV w, za czasów cesarza Dioklecjana. To właśnie wtedy żył bogaty rzymianin imieniem Agrykola. Nie wiemy dokładnie kto nauczył go zasad wiary chrześcijańskiej, ale prawdą jest to, że Agrykola przyjął chrzest, i uwierzył w Jezusa Chrystusa i stał się mocą tego chrztu nowym człowiekiem, obdarzony nowym życiem w Panu naszym Jezusie Chrystusie. I uważał, że On, nowy duchowo człowiek, wyzwolony mocą Ewangelii, musi nieść prawdę o Ewangelii i prawdę o wolności, wszystkim, począwszy od domowników, w tym także począwszy od swojego niewolnika imieniem Witalis. Nawrócił go. Ten, który był niejako pozbawiony praw, stał się członkiem wolnym, bratem w Chrystusie. Ale kiedy wybuchło prześladowanie Dioklecjana zostali aresztowani Agrykola i jego wyzwolony sługa Vitalis, poddani okrutnym mękom. Najpierw na oczach Agrykoli zamordowano Vitalisa, potem Agrykolę.  Obaj od samego początku cieszyli się czcią męczenników, wychwalani wiek później przez św. Ambrożego. Mówię o tym dziś, o tej historii chrześcijaństwa, które mimo prześladowań ciągle było silne i niosło światu wolność i wyzwolenie, bo właśnie dzisiaj w kościele św. Witalisa w Rzymie Rzymianie gromadzą się w kościele stacyjnym.

Łączymy się  zatem z tą tradycją rzymską, będąc tutaj, rozważając historię zwycięskiego krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa i zdając sobie sprawę z tego, co znaczy krzyż, który daje wolność, co znaczy krzyż, który otwiera drogę do zbawienia, co znaczy krzyż, który staje się pomostem między niebem, a ziemią, a jednocześnie  miedzy człowiekiem a człowiekiem.

To jest także wasza historii. Postanowiono wznieść Nową Hutę jako miasto bez Boga, ogromne skupisko ludności bez kościoła. Ludzie czuli się wobec siebie obcy, niekiedy wrodzy, brakowało poczucia jedności, nic ich nie scalało tym bardziej że głoszono w tych czasach walkę klas, sądząc że właśnie ta walka da upragnione szczęście i postęp ludzkości. Jednak ludzie, którzy tutaj przyszli – wasi ojcowie i krewni – wiedzieli, że potrzebny jest krzyż i potrzebny jest kościół i konieczne jest głoszenie Ewangelii, czyli radosnej nowiny o zbawieniu wysłużonym nam przez Pana naszego Jezusa Chrystusa.

Dlatego dokładnie 60 lat temu 17 marca 1957 roku wzniesiono tutaj krzyż jako zapowiedź wzniesienia kościoła. Dokonało się to w czasach szczególnych w ramach tzw. odwilży październikowej 1956 roku. Ale zanim był październik 1956 roku, to był czerwiec 1956 roku w Poznaniu. Ja to pamiętam jako małe dziecko. Te czołgi na ulicach miasta, około 100 ludzi zamordowanych, upominających się o prawo, wolność chleb i o Boga. Bo takie pieśni śpiewano wtedy na placu zwanym wówczas Placem Stalina. Dziś jest to Plac Mickiewicza. I domagano się wypuszczenia z więzienia kard. Wyszyńskiego i innych biskupów. To na skutek tych wydarzeń doszło do zmiany ekipy rządzącej i pewnej nadziei, która zaistniała a której symbolem był powrót kard. Wyszyńskiego w Komańczy, z wygnania do Warszawy. Ale szybko się okazało, że to otwarcie na Kościół i na chrześcijaństwo było czysto taktyczne, bo już w 1958 roku zaczęły się pierwsze trudności. A potem to, co miało miejsce tutaj w roku 1960 – walka z krzyżem 27 kwietnia i te ofiary, o których nie możemy zapomnieć, a które sprowadzają się do suchych liczb mówiących o tym, że aresztowano 493 osoby, w tym 25 kobiet, 50 osób nieletnich, że 87 osób skazano na kary więzienia od 6 miesięcy do 5 lat, że przeciwko 119 osobom wytoczono sprawy w kolegium ds. wykroczeń, ukarano wysokimi grzywnami, że kilkadziesiąt osób pozbawiono pracy, bo się upomnieli o krzyż, bo nie wyobrażali sobie życia prawdziwie człowieczego, bez krzyża, bez Chrystusa, którego krzyż jest najgłębszym symbolem. Potem te lata zmagań po to, by powstał ten kościół, a potem inne. I by Nowa Huta była miastem człowieczym tzn. miastem, gdzie są ludzie wierzący w Boga i na fundamencie Boga budujący swoją codzienność i swoją nadzieję na przyszłość.

Bo raz jeszcze tutaj, w tym miejscu spełniły się czytane dziś słowa Ewangelii, że kamień węgielny, którym On jest i którego odrzucili Żydzi, jest prawdziwie kamieniem, na którym buduje się Kościół i buduje się każde życie człowieka i każde społeczeństwo, które chce być prawdziwie człowiecze. Z jak wielkim bólem patrzymy na to, co się dzieje w świecie, który do niedawna był chrześcijański, a tradycjami chrześcijańskimi sięga wieków i tysiącleci.

Jak pojawiają się ludzie, którzy uważają, że w przestrzeni publicznej nie powinno już być krzyża, bo to może kogoś ranić, denerwować, a my mamy być tolerancyjni. I tak z przestrzeni publicznej naszego życia chce się usunąć krzyż i w jakiejś mierze zabić to, co jest znakiem naszej nadziei, wykraczającej poza cierpienie i poza śmierć, bo przecież krzyż to brama do niebios.

Jeszcze kilka lat temu stworzono przecież program, który został opracowany przez MSZ, promujący Polskę, gdzie Giewont był pozbawiony krzyża, gdzie krajobraz był wyprany z tych krzyży, które stanowią tak wielkie bogactwo naszego polskiego krajobrazu i tak wiele mówią o polskiej duszy i tożsamości. Jakby chciano zapomnieć o tym co 20 lat temu w Zakopanem pod krokwią Jan Paweł II mówił o krzyżu na Giewoncie, który ma być głęboko wpisany w krajobraz Polski aż po Bałtyk i który przede wszystkim ma być chroniony w naszych sercach.

Zanim przybyłem tutaj do was, byłem w hospicjum. Odwiedzałem chorych, którzy tam są. Zbliżając się do jednego pokoju usłyszałem, że ta osoba po lewej to jest ateistka. Zapytałem, czy mam nie wchodzić. Odpowiedzieli żebym wszedł, ale uważał i właściwie się wobec niej zachował. Podszedłem do jednej, drugiej osoby, błogosławiłem, na czołach kreśliłem krzyż. Wychodząc jestem obok tamtej pani a ona mówi – proszę księdza ja też proszę o krzyż, a potem mi bardzo dziękowała. Chwila łaski – dotknięcie zwycięskiego krzyża. Przyjęcie pełne pokory, wobec tego, co się dokonuje i nadzieja, że Chrystus przygarnie także i ją.

60 lat dokładnie w tym miejscu, gdzie stanął krzyż i gdzie ludzie tego krzyża bronili. Jakże ważną rzeczą jest, by zawsze przed każdym krzyżem z wielką czcią przechodzić, by oddawać mu cześć, ale jeszcze ważniejszą, by go mieć we własnym sercu, bo wtedy jest w nas nadzieja, że Ten, który za nas umarł i zmartwychwstał weźmie nas do siebie, bo przecież mówił, że ci którzy są Jego uczniami i idą za Nim dźwigając własne krzyże są prawdziwie jego uczniami. I o tę łaskę bycia uczniem do końca dźwigając własny krzyż prośmy Pana podczas tej świętej Eucharystii.